Trochę Historii

Historia Naszej Pasieki

Historia Bartnictwa

Aktualności

Walka z Varroa destructor

warsztaty

Galerie

Murarka ogrodowa

Nasza Pasieka

Rośliny miododajne

Pracownia

Pszczoła przy poidle

KONTAKT

Gospodarstwo Pszczelarskie
J. i W. Pruszkowscy
Zalesie 37
96-116 Dębowa Góra
tel. 693 - 778 - 030
tel. (46) 831 - 38 -72
e-mail: pasieka@e-pszczoly.pl

Sonda
Jaki odmianę miódu preferujesz najbardziej?
Wielokwiatowy
Rzepakowy
Akacjowy
Faceliowy
Lipowy
Malinowy
Nawłociowy
Gryczany
Wrzosowy
Spadź liściasta
Spadź iglasta
Wszystkich głosów: 78


Pokaż wyniki
Sonda
Jaką pojemność miodu najczęściej kupujesz
0,9 lit - 1300g
0,5 lit - 650g
0,33 lit - 400g
inne
Wszystkich głosów: 20


Pokaż wyniki
Sonda
Najczęściej wybierasz miód
Naturalny krystalizuje z biegiem czasu
Zawsze płynny (dekrystalizowany)
Kremowany
Wszystkich głosów: 23


Pokaż wyniki
Historia powstania Pasieki


Historia zamiłowania do pszczół i powstania Pasieki


Były to piękne chwile. Dzieci beztrosko bawiły się pośród kwitnących łąk i obrastających strumyki wierzb, z czystą źródlaną wodą i brzęczącymi owadami.

Były to dla mnie lata wczesnego dzieciństwa, gdy mój starszy  brat pasał krowy na łące, a ja często z nim przebywałem. Opowiadał i pokazywał różne owady, licznie występujące w środowisku – w szczególności trzmiele i pszczoły.

Brat potrafił odnaleźć w mchu gniazda trzmieli, z których wyjmował posklejane „garnuszki” z miodem. Wkładało się słomkę, przez którą wypijaliśmy słodki dość gęsty płyn, a puste „garnuszki” wkładał z powrotem do gniazda i okrywał dodatkowo mchem.

Obfite pożytki dla owadów występowały od wiosny do jesieni, dzięki czemu trzmiele szybko uzupełniały pokarm.

W przydomowym warzywniku, zawsze kwitły liczne maki, słoneczniki i inne warzywa, które owady masowo oblatywały. Brat te pszczoły łapał i wpuszczał do pudełka z otworkiem imitującego ul. Ale pszczoły wychodziły i nigdy nie udało się ich osiedlić.

Lata mijały, była szkoła i inne obowiązki w tamtych powojennych czasach.

Po szkole nieustanna praca w gospodarstwie, a marzenia o pszczołach odwlekały się, na czasy samodzielności.

Moi rodzice, po przykrych doświadczeniach z pszczołami miejscowego pszczelarza, długo nie chcieli zgodzić się na kupno pszczół.

W lutym 1965 r. zacząłem pracować w Rolniczym Zakładzie Doświadczalnym w Żelaznej, podległym pod Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, jako pomoc w ogrodzie.

W tym ogrodzie była pasieka doświadczalna, którą mogłem podglądać i ludzi tam pracujących, wykonując swą pracę w warzywniku.

Warzywnik miał powierzchnię  kilku hektarów, które całymi dniami odchwaszczałem przy pomocy konia i opiełacza. W tych czasach nie stosowano środków chemicznych, tylko mechaniczne zwalczanie chwastów w międzyrzędziach. Inne osoby natomiast pieliły rzędy przez cały sezon.

Zarobki w tamtych czasach były małe, ale mimo to chętnych do pracy było wielu.

Pasiekę obsługiwał pracownik z SGGW, któremu przydzielano do pomocy jedną osobę, niebojącą się pszczół. Niestety nie byłem to ja, gdyż jako jedyny chłopak, musiałem wykonywać prace polowe z koniem.

 W końcu maja 1965r. była piękna pogoda. Do pasieki znów przyjechał pracownik z SGGW.

Zapytał mnie czy interesuję się pszczołami. Odpowiedziałem, że bardzo ale nie mogę opuścić mojego stanowiska pracy. Obiecał dowiedzieć się czy mógłbym pomagać mu w pasiece.

Wrócił po kilku minutach i rzekł- koń na trawę bo zarobił na przekąskę  a my do pasieki. Poszliśmy a  po otwarciu ula rozpoczął dwu godzinny wykład, o życiu pszczół. Nie zapomnę tej chwili, jak te małe owady uwijały się w swej nie strudzonej pracy, a On pokazywał i tłumaczył a ja słuchałem i jak kazał dmuchałem podkurzaczem.

Byłem tak zafascynowany, że z tego wykładu nie wiele zapamiętałem a myśl o własnych pszczołach zaprzątała mi głowę .

W połowie  czerwca od samego rana było ciepło i słonecznie, wychodziwszy do pracy rzekłem do mamy „Taką ładną pogodę mamy od kilkunastu dni uważaj bo może przyjdzie jakiś rój pszczół”, odparła dobrze jak przyjdzie to złapiemy -rzekła z uśmiechem. Niczego nie pragnąłem bardziej.

Przed południem do pracy przybiegła moja młodsza siostra, a miała 3 kilometry i oznajmiła, że między podwójny sufit na strychu weszły pszczoły. Naszą rozmowę słyszał Pan ogrodnik, zaoferował po pracy pomoc w obsadzaniu roju do ula, na co odpowiedziałem że nie mam ula i szybko zrobię jakiś prowizoryczny. Po pracy zawołał mnie na strych gdzie stały stare wycofane z ewidencji ule warszawskie zwykłe. Wybraliśmy jeden, który do wymiany miał jedna deska w daszku.

Wszedłem na strych aby zobaczyć jak się do nich dostać, osłuchałem podłogę, wyraźny szum wskazywał na miejsce osiedlenia się roju. Do środka wchodziły  przez szparę jaka powstała w skutek wypadnięcia sęka w desce. Dostanie się do gniazda od strony izby nie było możliwe, utrudniał to podwójny sufit z desek ocieplony płytą pilśniową . Wszedłem ponownie na strych z Panem ogrodnikiem, który potwierdził miejsce osiedlenia się roju . Zacząłem wycinanie deski która okazała się gruba na 30 mm składana na felc i do tego żywiczna. Bez narzędzi nie było łatwo (takie czasy),ale  powoli pod trzecią deską wyłoniła się budowla pszczela, rój zdawał się być silny i spokojny. Trzy godziny pracy opłaciły się zasiedliliśmy ul, zatkany otwór w desce nie pozwalał wejść im z powrotem do dziury w stropie co wzmogło ich agresje ale traktowane dymem wylatywały i znajdując matkę w ulu uspokajały się . Do wieczora jeszcze latały i szukały swego miejsca osiedlenia.

Od 15.VI.1965r. spełniły się moje marzenia o pszczołach. Był to czas kwitnienia lip których w tamtym czasie rosło dużo na naszym terenie, pośród dwóch byłych już dworów połączonych drogą również obsadzoną lipami, obecnie większość wycięta przez prywatnych właścicieli.

W okolicy znajdowało się kilka pasiek mimo to silny złapany rój szybko odbudował gniazdo i zgromadził miód, którego w końcu lipca odwirowałem wiadro. Do zimowli rodzina odmłodziła swoją populację zgromadziła jeszcze spory zapas miodu więc uzupełniłem jego stan o 5 kg cukru. Obsiadały na czarno 8 ramek do słomianej maty zatworowej. Mimo mroźnej zimy przezimowały bardzo dobrze.

Mój ul mieścił 16 ramek, pod którymi było 10 cm wolnej przestrzeni, ale nie miał nadstawki. Bardzo silny rozwój wiosenny bez ograniczenia matki w czerwieniu spowodował nastrój  rojowy. W porę kupiłem ul bo za kilka dni wyszła rujka , byłem wtedy w domu więc ją złapałem i osadziłem. Od tej pory były już dwie rodziny. Po śmierci miejscowego pszczelarza odkupiłem od jego rodziny jeden warszawski i wielkopolski i do kolejnej zimowli pasieka liczyła już 4 rodziny.

Bardzo spodobał mi się ul wielkopolski do którego zastosowanie kraty poziomej pozwoliło mi na ograniczenie matki w jednym korpusie , więc wolnym czasem zacząłem produkcje korpusów wielkopolskich.

Zima 1966-1967r była bardzo mroźna i śnieżna ale już w marcu zrobiło się  b. ciepło, więc rodziny szybko się rozwijały. Usytuowanie pasieki przy naturalnych łąkach dało obfity pożytek zakwitł podbiał,  żabieńce i klony. Duża różnorodność wierzb dostarczała jakże cennego pokarmu białkowego jakim był pyłek. Jakże wielkie znaczenie miały dla pszczół te zielone tereny na, których bujna roślinność obfitowała w zioła a opasana zwierzętami znów odrastała i zakwitała ponownie. Te czasy to przeszłość obecnie rolnicy nie trzymają bydła a łąki stały się polami uprawnymi.

4.VI.1967r. zrobiło się bardzo zimno i ta niekorzystna auratrwała przez dwa tygodnie.

W tym czasie zmieniałem pracę na lepiej płatną i zacząłem produkcje 8 uli wielkopolskich 10 ramkowych aby powiększyć pasiekę.

W  1968 roku zmieniłem stan cywilny i postanowiłem znów dorobić uli ale tym razem już 11 ramkowych ze stałą dennicą i odejmowaną tylną ścianą ocieploną słomą, po wyjęciu której powstawała wolna przestrzeń na dziką zabudowę. Szybko okazało się, że był to dobry pomysł lecz wadą mego rozwiązania była przestrzeń pod ramkowa wynosząca 20 mm. Do kolejnej zimowli zastosowałem już korpus ½ który nakładałem na ul w ten sposób podniesione ramki do góry dały dużą wolną przestrzeń pod ramkami, od tego czasu zimowla przebiegała wyśmienicie, ale stała dennica miała wadę. W raz z nastaniem wiosny trzeba było wyjąć ten pół korpus plastry przełożyć do transportówki, oczyścić i zdezynfekować ul i z powrotem wrócić plastry z ramkami. Zabiegł ten trwał zbyt długo a pszczoły były mało łaskawe. Brak zapasowych uli nastręczał wielu problemów w tej operacji, dlatego kolejne moje ule to już wielkopolskie 11 ramkowe z odejmowana dennicą.

Zimowla w takim ulu to już była sama przyjemność, pusty pół korpus ustawiony na dennicy a pod korpusem gniazdowym stworzył przestrzeń powietrzną a dodatkowe dorobione dennice na wiosnę posłużyły na wymianę, zabierałem ten z opadłymi pszczołami i pół korpusem, a dawałem czysty- w ten sposób znikała pusta przestrzeń pod ramkami i na wiosnę pszczoły miały mniejszą powierzchnię do grzania co przyspieszało rozwój.

W pasiece nadmiar uli nie występuje a dodatkowe dennice posłużyły pod nowo tworzone odkłady.

Nastał kolejny koniec sezonu ciepło powodowało wzmożone obloty pszczół, czas po odwirowaniu miodu  przyciągnął do mnie kupca na pszczoły. W jakże dla mnie potrzebnym momocie, pokazałem warszawskie i moje pierwsze 10 ramkowe. Podałem cenę a klient bez wahania wypłacił pieniądze. Przewiezienie w tym momencie nie było możliwe silne rodziny i upały odłożyły transport na dwa tygodnie, nadeszło ochłodzenie a wtedy kupiec mówi że nie zna się na pszczołach i czy mu pomogę a ja na to że bardzo chętnie bo przecież praktyki nigdy za wiele a z książek wszystkiego nie da się osiągnąć.

Były to lata w których pożytki nie były bardzo obfite ale ciągłe, rodziny były zróżnicowane, miałem takie które cały czas coś donosiły ale i takie które cały czas się rozwijały, ogólnie było co odwirować. Nabywca był zadowolony z zakupu i możliwości podszkolenia się przy mnie.

Po zakończonym sezonie był zachwycony i nic mi nie mówiąc dokupił rodzin pszczelich wraz z ulami była to zbieranina różnych typów i to bez nadstawki, więc mu powiedziałem że będzie trudno prowadzić taką pasiekę, ale do niego to nie docierało. Robiłem co tylko się dało wymyśleć. Następnego roku po dobrej zimowli i wiośnie odwirowaliśmy tyle miodu z pierwszego zbioru, że brakło naczyń. Wtedy powiedział, resztę uli nie będziemy wirować poradzę sobie już sam i nie jestem mu już potrzebny...   I TU SIĘ POMYLIŁ

Od 1969 roku powiększyła się mi rodzina a ja podjąłem pracę prywatnie, czyli cało dniowa i czasu na pszczoły było mniej więc stałem się pszczelarzem weekendowym. Pasieka nie rozrastała się ale udoskonalałem metody gospodarowania. Od 1972 zostałem rolnikiem na 6,5 ha ziemi więc pracy przybyło, ale stopniowo bo ziemia była zaniedbana i jałowa ale zapału mi nie brakowało zwłaszcza jak pracowało się na swoim, była to w końcu ogromna szansa na własne  miejsce pod pasiekę.

W 1973 roku wstąpiłem w szeregi  P.Z.P Powiatowego Koła Pszczelarze w Skierniewicach i podjąłem szkolenie organizowane przez to koło w 1974 roku na mistrza w zawodzie pszczelarz, które ukończyłem jesienią 1975 roku.

Czasy Gierka dla wsi były obiecujące, zaczynałem stopniowy rozwój hodowli krów, świń nie rezygnowałem z pracy zarobkowej na utrzymanie rodziny, która ponownie  się powiększyła. Skorzystałem z kredytu na rozwój gospodarstwa, zakup konia kolejnej sztuki krowy modernizacja i zmiana technologii,  rozbudowa pomieszczeń do hodowli trzody chlewnej- takie było zapotrzebowanie, więc zrobiłem kurs hodowcy. Kierunek okazał się słuszny i mimo obciążeń finansowych gospodarstwo ruszyło do przodu. Mimo wszystkich obowiązków pszczelarstwo cały czas trwało bez zaniedbań, ale nie powiększałem pasieki.

Aż w końcu pojawiło się zagrożenie ze strony varroa, brak jakichkolwiek leków zmuszał do poradzenia sobie z tym pasożytem metodami biologicznymi i te ule z tylną odejmowana ścianką były do tej walki znakomicie przystosowane, poprzez wycinanie czerwia trutowego. Był to jedyny sposób walki. Kolejny członek naszej rodziny przyszedł na świat, więc zacząłem myśleć nad budową „ula” dla własnej rodziny. Zdobywanie materiałów na budowę i fachowca zajmowało dużo czasu, a czasy były trudne. W 1982 roku rozpoczęła się budowa dużego podpiwniczonego domu. Nie została jednak ukończona jednego roku gdyż murarze nabrali za dużo prac, moje umiejętności pozwoliły mi na dokończenie własnoręcznie domu ale zaniedbałem przez to gospodarstwo w tym i pszczoły.

Latem 1983 roku do pasieki przyjechał prezes mojego koła, który przywiózł  panią doktor Jadwigę Hartwig z Warszawy. Okolice Warszawy nie miały u siebie w pasiekach varrozy więc zostałem poproszony o udostępnienia pasieki do zebrania próbek roztoczy- bardzo chętnie się zgodziłem. Pasieka liczyła 14 rodzin i z wszystkich były pobierane próby. Trwało to kilka godzin. Na koniec oznajmiłem że posiadam plastry z wyciętą wolną budową zanurzoną w wodzie, jakie było nasze zdziwienie kiedy po odsklepieniu komórek trutowych z tych plastrów zauważyliśmy poruszającą się varrozę, więc i z tego pobrane były osobne próbki. Praca dobiegła końca i wtedy pani doktor powiedziała że te pszczoły nie przetrwają zimy bo porażenie pasożytem jest zbyt duże. I tak się stało zimą wszystkie rodziny się osypały.

W połowie VI 1984 roku do pustego ula przyszedł rój i się osiedlił, od tamtego czasu pasieka zaczęła powstawać na nowo a w walce z varroa destruktor pomagał lek którego substancją czynną była amitraza. Pasieka rozwijała się powoli wraz z rozbudową gospodarstwa ( domu, stodoły i budynku gospodarczego na maszyny). W 1987 roku zakupiłem ciągnik i maszyny do uprawy rolnej by w 1988 dokupić kolejne    5h ziemi od Państwowego Funduszu Ziemi. Z nastaniem mechanizacji praca stała się łatwiejsza, to i czasu było więcej na pracę w pasiece, która powoli się rozrastała. Dorastały i dzieci, które pomagały w gospodarstwie i w pasiece. Pod koniec lat 90 pasieka liczyła 30 rodzin pszczelich. Były to lata bardzo suche gdzie poziom wód gruntowych drastycznie się obniżył a w takich warunkach rośliny jak wiemy słabo nektarują. Mimo wszystko nie zrażałem się bo pszczelarstwo jest uzależnione od pogody a z pogodą bywa różnie. Dorastały dzieci syn Wojtek przejawiał zainteresowanie pszczelarstwem więc wysyłałem go na wycieczki organizowane w kole, aby zobaczył co u innych pszczelarzy się dzieje i jak gospodarują. Zaowocowało to zaszczepieniem w młodym człowieku miłości do pszczół. Studiował i jednocześnie pomagał w pasiece nabierając umiejętności praktycznych. Po studiach zgłosił się do służby wojskowej w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Lądowych. Aby nabrać ogłady i podszkolić swe umiejętności podjął pracę u Tomasza Łysonia w pasiece kierowaną przez Jacka Wojciechowskiego w miejscowości Waganiec koło Włocławka przy hodowli matek naturalnie unasiennionych w mini ulach i prace nad linia matek o nazwie VICTORIA .

Powrócił do domu i od tego czasu wspólnie gospodarujemy w ulach wielkopolskich mojej produkcji drewnianych ocieplanych sieczką ze słomy żytniej, a pasieka oscyluje wokół ilości 80 rodzin pszczelich.

Dziękujemy.

Wyszukiwarka


Zaawansowane wyszukiwanie
Koszyk
Twój koszyk jest pusty
Najczęściej oglądane
Koło Pszczelarzy w Brzezinach


Subskrypcja
Chcesz otrzymywać informacje o nowościach w naszym sklepie?
Wpisz swój adres e-mail!



Statystyki
Gości online: 2
161802
Aktualna Data: 2021-08-04 11:58
Data Ostatniej Aktualizacji: 2014-03-13
© e-pszczoly. Wszelkie Prawa Zastrzeżone. All Rights Reserved.